Ile kolagenu w kolagenie, która witamina lepsza.

 

Ile kolagenu w kolagenie, która witamina lepsza

Jak długa historia Colway, taka długa historia tych pytań. Ile jest cukru w cukrze, czyli ile jest „procent” kolagenu w Kolagenie Naturalnym? „Bo w jednej reklamie mówili…”. „A jak to jest z tą lewoskrętną witaminą, bo w gazeta.pl napisali, że taka nie istnieje…”

Drodzy Czytelnicy „Uśmiechów od Colway”! Kolagen jest słowem tak bardzo pojemnym, a Wy chcecie, by pojęcie to było jak wzorzec metra w Sevres i oznaczało zawsze to samo.

W określeniu: „kolagen” naprawdę może się mieścić wiele znaczeń. Biochemicznie patrząc: to może być mikroskopijna konstrukcja peptydowa, która jednak ma już strukturę przestrzenną, właściwą dla pierwszorzędowych białek kolagenowych – więc tak jest w piśmiennictwie nazywana. Takie zresztą właśnie agregaty tworzą masę żelową znanych nam świetnie produktów: Collagen Native (Pure, Gold i DNA). Ale może być to również włókno kolagenowe, które jest ostatnim etapem ewolucji tej proteiny w organizmach kręgowców. Od maleńkiej helisy do włókna, które już można (na przykład w oku) śmiało obejrzeć – jest odległość całej przestrzeni mikrokosmosu.
Kolagenem nazywa się oprócz jego form żywych także białka kolagenowe znajdujące się już poza ustrojem ich twórców, zazwyczaj hydrolizaty, a gdy jakiegoś marketingowca poniesie fantazja, to również żelatynę. W niektórych krajach hiszpańskojęzycznych zwie się tak nawet flaki do kiełbas.

Była taka (głupia i kłamliwa zresztą) polska reklama zaczynająca się od słów: „kolagen kolagenowi nie równy…”. Między nami mówiąc to, co polecała klienteli z ogromnym trudem mieściło się w pojęciu kolagenu. Aliści zaczynała się dobrze; kolagen rzeczywiście kolagenowi nie jest równy.

Ile jest procent benzyny w benzynie? Pytanie bezsensowe, prawda? Już choćby dlatego, że wartość paliwa mierzy się w oktanach. „Tato, kto wygra – dinozaur czy czołg?” Dziecku to pytanie wydaje się równie sensowne, jak setkom ludzi piszących do mnie maile, wydają się ich pytania o kolagen. Cóż z tego, że dinozaur nigdy się z czołgiem nie skonfrontuje? Cóż z tego, że patrząc biologicznie, właściwie NIKT oprócz nas nie oferuje światu kosmetologii kolagenu, lecz „padlinę peptydową”? Ostatnio przyszła moda na pytania typu: „dlaczego kolagenu w saszetce witaminy C z kolagenem jest 1000 x więcej, niż w kapsułce Colvity?” No cóż… ? Pamiętam z dzieciństwa znacznie lepsze: „kto był największym z ludzi – i dlaczego Lenin?”

Czym się różni żaba? „Od czego?” – instynktownie pytamy. Tak samo ja, pytany o kolagen próbuję się dowiedzieć, czy pytający wie aby, o co pyta. A konkretnie czy używając w pytaniu słowa „kolagen” ma świadomość ogromnej ilości jego znaczeń. Najczęściej bowiem go nie ma. Ot, palnął mu coś, ktoś nastawiony do naszej oferty „na nie” i on to przekuwa w pytanie.

Więc wówczas często ja próbuję bardzo poważnie i tłumaczę cierpliwie, iż w biochemii istnieje tylko jedno kryterium z pomocą którego można by spróbować odpowiedzieć na bezsensowne w istocie pytania, próbujące „porównać” ni cholery nieporównywalne, kompletnie różne fizycznie substancje, które łączy (a i to bardzo umownie) tylko jedna rzecz: sposób, w jaki je ludzie nazywają. Kryterium takim może pomiar np. ilości jednostek hydroksyproliny (aminokwas występujący jedynie w kolagenie) w jednostce objętości – np. mikrolitr, lub w jednostce wagi – np. mikrogram. Na taki wywód pani się nabzdycza, bo go nie rozumie. Ona by chciała, abym jej udowodnił, że mikropies rasy york jest zaczepno-obronny nie gorzej, niż stukilowy brytan. A dlaczego tak mnie kobieta męczy? No, bo oba wabią się Azor. Poznałem zresztą niedawno pewnego yorka i zaiste okazał się zaczepno-obronny. On zaczepił, a ja musiałem bronić.

 

 

Nie ma absolutnie żadnego sensu Przyjaciele, porównywanie „kolagenu” w suplementach za kilkanaście złotych z jedyną na świecie formą całkowicie anabolizujących aminokwasów, które tworzą aktywny biologicznie i żywy hydrat kolagenu pozyskiwanego na jego molekularnym etapie rozwoju i zachowującego konformację potrójnej helisy, a potem poddanego liofilizacji. Czyli – ze składnikiem naszej Colvity. Z jedynym takim składnikiem na świecie – dodajmy, w jedynym takim preparacie na świecie!

Niestety tak samo nie ma większego sensu porównywanie z nim ogromnej, bo aż tysiącmiligramowej porcji hydrolizowanego kolagenu z łososia, jaki jest składnikiem „Witaminy C z kolagenem” – produktu z oferty Colway International. W biochemii 2+2 nie równa się cztery. Od obgryzania paznokci, nie rosną nikomu lepiej paznokcie, a od jedzenia kolagenu, nikomu nie przybywa kolagenu. Od zjedzenia 2 kg golonki przybędzie go najpewniej 100x mniej, niż od jedzenia tylko kęsa skóry od golonki, ale za to codziennie przez 3 miesiące.

Prawda jest taka, że ściśle rzecz ujmując; nie istnieje coś takiego, jak „suplementacja kolagenem”. To niezwykle delikatne białko w każdym procesie przetwórczym (oprócz hydratacji polską metodą skutecznie opatentowaną przez A. Frydrychowskiego) zostaje „uśmiercone”. A nawet jeśliby nie zostało, to uczyniłyby to kwasy żołądkowe! Kiedy zatem mówimy o „diecie prokolagenowej” (skóry, powięzi, chrząstki, teryny, galarety, bądź nawet absolutnie niesłuszne postponowane parówki robione właśnie głównie z w/w), kiedy mówimy o „suplementacji kolagenem”, mamy w istocie na myśli odżywianie się i suplementowanie aminokwasami rodzaju takiego, jakie były budulcowymi dla białek kolagenowych. Dowiedziono, iż to one wykazująanaboliczność, czyli dążą do budowy w organizmie kręgowca, jaki je właśnie pożarł, komórek podobnych do tych, z jakich same dysymilowały. Aminokwasy pochodzące z innych białek wykazują zaś tendencję do katabolizowania i w rezultacie najczęściej zamieniają się nie w nowe komórki białkowe, lecz w energię. Po czym w ogromnej części ich masy lądują w naszym układzie wydalniczym.

Czy jest możliwym tłumaczenie tego za każdym razem? Nie jest. Nawet, kiedy ma się tyle cierpliwości, ile ja jej mam. Nawet, kiedy zachęcam do przeczytania książki S.A. Batieczki, gdzie opisane jest to dokładnie. Bo kiedy pięknie wytłumaczyłem, pani z uśmiechem pyta ponownie:

„No dobrze panie Jarku, to po co jeść Colvitę, skoro w nowej saszetce z witaminą jest 1000x więcej kolagenu i 6x więcej witaminy?”

Czy rozumiecie, że w tym momencie można potrzebować pomocy psychiatrycznej?

Tak. Kolagenu jest wagowo zaiste 1000x więcej. Mam tę nadzieję, iż ustrój konsumenta przyswoi z tego 1000mg tyle anabolizujących aminokwasów, co z dziennej porcji Colvity. Nadzieję, lecz nie pewność. Dlatego w tych fantastycznych saszetkach jest aż 1000mg tego substratu.

Witaminy C jest zaiste 6x więcej w znakomitej dzięki temu również saszetce, niż w kapsułce „Witaminy C-olway”. Jest to wszak inna witamina C. Tak samo, jak inny jest w tym produkcie kolagen. Czy lepsza? Nie wiem tego. Z pewnością w procesie ekstrakcji – witamina C z dzikiej róży traci na późniejszym czynniku biodostępności bardziej, niż niesłychanie „agresywne” witaminy pozyskiwane z pędów wzrostu roślin. W naszym przypadku z kiełków gryczanych. Z drugiej jednak strony ekstrakt z Rosa canina standaryzowany jest aż na 70% zawartości w nim naturalnej witaminy C, podczas gdy kiełki gryczki, czy Citrus aurantium na maks. 42%.

Nie wiem, która witamina C z oferty Colway jest lepsza Drodzy Przyjaciele. Podobnie jak nie wiem, które wino jest lepsze: włoskie chianti, czy francuskie bordeaux. Dla mnie bowiem najlepsze jest gruzińskie marani. A szczególnie kindzmarauli rocznik 2013 z Kakheti.

W produktach: „Witamina C-olway”, „Colvita” oraz „Witamina C z kolagenem” (w saszetkach”)znajdują się całkowicie różne składniki! Wszystkie naturalne. W różny sposób pozyskiwane, w różnych dawkach i od różnych dostawców. Wszystkie najwyższej, dostępnej jakości.

„Dlaczego wobec tego w ogóle powstał ten ostatni produkt C.I. – prezesie?” Dlatego, że Colway International jest inną firmą, niż Colway. Ma odrębny zarząd, strategię, plan finansowy i ofertę. Ma również rynki zagraniczne, które ten produkt postulowały. Dlatego, że my też ponosimy czasami porażki i porażką taką był nieudany eksperyment połączenia naturalnej witaminy C z gryczki i bitter orange – z „żywym” kolagenem w postaci żelowej. Poniosła nas tym razem fantazja i pragnienie posiadania raz jeszcze czegoś, czego nikt inny na świecie zrobić nie potrafi. Okazało się jednak, że i my nie potrafimy połączyć naturalnych witamin z niehydrolizowanym, „żywym” kolagenem. Gdy „wybuchowe” tubki miały swoją premierę, to o dziwo nie byłem wówczas takimi pytaniami zasypywany. Dlatego nie do końca rozumiem lawinę obecnych. Że te produkty konkurują? Kto przeczytał książkę Batieczki oraz moją książkę „Witamina C-olway”, ten doskonale wie, że składem nie konkurują. Są to produkty inne. Świetne inaczej. Konkurują w Waszych głowach? Nie one pierwsze. Taki już świat dzisiejszy, pełen pokus, w którym istne smaczności przebijają zapachy wykwintnych pyszności. A zza pleców mężczyzny przystojnego, wynurza się inny – przystojny szatańsko i jeszcze zniewalająco zuchwały. Z kobietami nie jest wcale inaczej, a pochwalę się, iż kończę ten felieton przy stoliku na promenadzie w Cannes – unikalnym w skali światowej targowisku próżności! Unikalnym w swojej klasie tak samo, jak nasze witaminy C. Te w kapsułkach i te w saszetkach.

Ostatnie dwa akapity poświęcę tematowi pokrewnemu, wzmiankowanemu już na wstępie. Rozpoczął się kolejny etap kampanii przeciwko naturalnym witaminom. Wchodzi kolejny ciekawy zakaz. Umieszczania w opisie witaminy C słowa: „lewoskrętna”. Ciekawy, jako że witamina C powstająca w owocach, warzywach, czy wątrobie po prostu ma taką chiralność, czego nikt nie może zakwestionować. Tylko, że … panujące nam rozporządzenia w ogóle nie przewidują … istnienia w suplementach diety naturalnej witaminy C. Jako dopuszczone do obrotu sugerują siedem form syntezowanych, czyli kwas askorbinowy (E300), kwas l-askorbinowy oraz pięć ich estrów (askobinianów). O naturalnej, nie wytworzonej chemicznie w procesie Reichsteina witaminie C, o witaminie nie powstającej z kukurydzy (która jej, gdy rośnie w sobie nie zawiera!) aktualizowane rozporządzenia nie wspominają ani słowem
http://gis.gov.pl/images/bz/prawo/rozporzadzeni…
Jakkolwiek szokująco to brzmi – przeczytajcie ten link! – prawo już nie przewiduje w produkcji suplementów ani biomasy, ani ekstraktów roślinnych, czy warzywnych! Jak by w ogóle nie istniały! Już więc zostały one „podporządkowane” formom chemicznym w tym sensie, że jeśli normatywa uzna za szkodliwą jakąś ilość jakiejś witaminy syntetycznej, to z automatu za tak samo szkodliwą uznana będzie identyczna jej ilość w owocu na przykład. Różnica jest tylko taka, że owoce nie muszą być etykietowane, a więc nie można zabronić „oświadczeń zdrowotnych” na ich temat, których – o zgrozo! – nie posiadają. Nasz świat zwariował. Media udają, że witaminy C 100% z biomasy nie ma na rynku i uporczywie lansują tezę, iż „lewoskrętność” jest nie do sprawdzenia, a poza tym nie ma żadnego znaczenia.

Mówiąc na skróty moja rada jest taka: dajmy sobie spokój z sporami o tą „lewoskrętność”. I tak mało kto rozumie jej istotę. Nie będziemy kształcić Sieci i konsumentów z chiralności, enancjomerów i stereoizomerii. Kto jest tego ciekawy – polecam serdecznie moją książkę „Witamina C-olway”. Taka prawda, iż jest już na rynku także sporo syntezowanej lewoskrętnej „C” i faktem jest również, że niektórzy wytwórcy „dopisywali” sobie na etykietach lewoskrętność, korzystając z tego, iż nikt jej rzeczywiście nie sprawdza. Atrybutem głównym naszych witamin C jest to, że są w 100% z masy roślinnej i to najwyższej jakości. Standaryzowanej na bardzo wysoką zawartość witaminy C. Czy to kiełkująca gryczka, czy dzika róża – produktów takich naprawdę nie ma rynku zbyt wiele. M.in. dlatego, że nie da się na nich marżować tak wysoko, jak na C6H8O6 w postaci krystalicznej lub na jego pochodnych.

Jarosław Zych

Dodaj komentarz