Komentarz Jarosława Zycha – autora książki „Witamina C-olway”.

unnamed-3

Komentarz Jarosława Zycha –
autora książki „Witamina C-olway”

 

   “Mimo, iż materiał ten silnie pachnie lobby koncernów farmaceutycznych, które od zawsze dezawuowały witaminę C, jako substancję odbierającą im część klienteli na opatentowane leki na receptę, to można ostrożnie zgodzić się z niektórymi jego tezami, z tym że zaznaczając wyraźnie, iż mowa jest nie o witaminie C, a o kwasie askorbinowym, czy jak kto woli – E300, o syntezowanej witaminie C, która stanowi ok. 96% tego, co pałaszują ludziska na całym świecie. C6H8O6, czyli krystaliczna forma „witaminy C”, z którą w przebiegu ewolucji Homo sapiens nigdy się nie spotkał, gdyż w przyrodzie witamina C nie występuje w czystej formie kwasu askorbinowego – zaiste może przeciążać nerki, czy „odzwyczajać” organizm od metabolizowania witaminy C z warzyw, owoców, czy podrobów mięsnych.

 

Kwas askorbinowy w tabletkach z polewą lub bez to nic innego, niż E300, którego mamy pełno w każdej żywności przetworzonej, bez którego już nawet mąki na chleb się nie przerabia. Kwas askorbinowy powstaje metodą syntezy, w procesach katalitycznych w chińskich (już przeważnie) fabrykach z glukozy kukurydzianej (dekstrozy). Natomiast witamina C powstaje w procesach wzrostu organizmów żywych z udziałem enzymów. Zawsze występuje w towarzystwie fitonutrientów, zawsze powiązana jest bioflawonoidowo.

Naturalna witamina C to nie jest kwas askorbinowy, czy l-askorbinowy, czy askorbinian sodu, potasu etc. To jest witamina C z cytrusów, pietruchy, papryki, chrzanu, ziemniaków, wątroby itd. Jeżeli zaś ktoś mówi, że w naturze wykrywa się ją też w postaci C6H8O6 i wyciąga z tego wniosek, idąc śladem niektórych publicystów medycznych, że „to co ma ten sam wzór chemiczny jest tym samym” – to niech od jutra spożywa papier toaletowy zamiast mąki ziemniaczanej, gdyż celuloza i skrobia tez mają taki sam wzór chemiczny.
Przyszły takie czasy, że w napojach pomarańczowych „witaminizowanych” kwasem askorbinowym jest go więcej, niż w soku pomarańczowym, w którym naturalną witaminę C zabito w procesach zagęszczania go. Niestety.
Czy autorzy takich artykułów dają swoim dzieciom chętniej do picia napoje witaminizowane, czy soki wyciskane i przeciery? Jeżeli te drugie, to niech pisząc podobne filipiki zaczną używać zamiast określenia „witamina C” – dokładnej nazwy tego, co atakują – czyli „syntezowana witamina C”, „kwas askorbinowy” lub „E300”. Do wyboru.
Inaczej bowiem popełniają czyn bardzo społecznie szkodliwy. Na świecie rośnie kilkanaście jadalnych roślin, które zawierają ponad 1 gram witaminy C w 100 gramach swojej masy. Takich, które zawierają 1 gram naturalnej witaminy C w kilogramie swojego miąższu jest sto kilkadziesiąt. Czy autorzy takich felietonów sugerują zatem, iż można „przedawkować” owoce, jarzyny, podroby? Jeśli tak, to wypisują brednie. Nie znany jest taki przypadek medycynie. W diecie jednego z plemion aborygeńskich istotnym pokarmem są australijskie śliwki kakadu, których kilogram zawiera ok. 30 gramów naturalnej witaminy C. Badano to plemię bardzo dokładnie. Nie ma problemów z nerkami, ani szczawianów, ani szkorbutu niemowlęcego. Szkorbut dziecięcy to fundują swojemu potomstwu matki karmiące je rano, wieczór i w południe płatkami na mleku, kaszkami itp. („bo ono tylko to lubi!”).

Artykuł ten atakuje suplementowanie się witaminą C. W istocie jest to jak sikanie pod wiatr. Ludzkość będzie „suplementować” się E300 (czyli C6H8O6, czyli kwasem askorbinowym), czyli w obowiązującej doktrynie unijnej – witaminą C, coraz więcej, czy tego chcemy, czy nie. Odchodzimy bowiem w rozwoju cywilizacyjnym i społecznym nieuchronnie od przyrządzania sobie potraw od podstaw, ku półproduktom i żywności przetworzonej. Zaś E300, czyli dokładnie ta sama substancja, co w większości tabletek o nazwie „witamina C” – jest najbezpieczniejszym w sumie konserwantem naszego jedzenia. Do koryt hodowanych na ubój zwierząt też sypać się będzie coraz więcej kwasu askorbinowego, bo to tani i uznany (ciekawe dlaczego nie w przypadku ludzi?), super skuteczny sposób na utrzymanie ich w zdrowiu, a my będziemy jeść z ich wątrób pasztetową, w której jest dziś więcej C6H8O6, niż w gruszkach, czy wiśniach. „Suplementacji” taką „witaminą C” nie unikniemy zatem w żaden sposób.
Szkodliwość tego rodzaju artykułów polega zaś na tym, że ich autorzy nie odróżniając naturalnej witaminy C od syntezowanej, mieszają przy okazji w głowach ludziom, którzy nabywają witaminę C wytwarzaną w 100% z biomasy roślinnej, czyli inaczej mówiąc; ekstrakty z roślin zawierających naturalną witaminę C o największej energii biologicznej. Np. pozyskiwaną z pędów wzrostu roślin takich, jak kiełki, korzonki, czy młode liście. Również z elementów roślinnych, jakich nie sposób jeść, np. z pomarańczy gorzkiej (Citrus aurantium), czy igieł sosnowych. Taka witamina C jest w odróżnieniu od kryształków C6H8O6 świetnie przyswajalna, a efekty jej spożywania są spektakularne.
Autorzy takich felietonów nie wiedzą, że oprócz urzędników unijnych, którzy wyznaczyli „zalecane dawki spożycia” dla dwóch rodzajów kwasu askorbinowego i sześciu jego soli lub estrów, ale „zapomnieli” ich wyznaczyć dla witaminy C pozyskiwanej bez udziału procesów chemicznych, np. z polskiej dzikiej róży – są jeszcze pasjonaci, którzy tworzą suplementy diety, w tym witaminy C – w 100% z natury. Po prostu liofilizując, mikronizując, ekstrahując najbogatszą w naturalną witaminę C florę tej planety. Wyszukując jej naturalnych, roślinnych źródeł i udostępniając je bliźnim. Owszem robią na tym też biznes, lecz bardzo mizerny w porównaniu z marżami, jakie powstają pomiędzy dekstrozą z kukurydzy (która witaminy C nie zawiera!), a tabletką w żółtej polewie o nazwie; „witamina C” (czy tam Rutinoscorbin).
Lepiej więc by takie artykuły nie powstawały w ogóle, gdyż odciągają zawsze jakiś promil ich czytelników od suplementowania się naturalnymi witaminami C, zaś przymusowej „suplementacji” narodu witaminami syntezowanymi , czyli E300 – nie zatrzymają i tak… Jeżeli zaś ktoś podnosi kwestię „drogich” (czytaj: przepłaconych) witamin C pozyskiwanych w nienaruszonej, naturalnej formie z: aceroli, amli, pigwy, dzikiej róży, pomarańczy gorzkiej, goji, camu-camu, rokitnika, czy z hydroponicznych upraw kiełków gryki – to niech zrozumie, że w składzie tych suplementów znajdzie wyłącznie nazwy w/w roślin, ewentualnie żelatynę, z jakiej robi się kapsułki oraz śladową ilość niezbędnego przy kapsułkowaniu proszku 100% roślinnego – przeciwzbrylacza. Nic więcej.

W witaminach C, których wytwórca-pasjonat zadał sobie trud zrobienia ich w 100% z natury – nabywca-konsument nie znajdzie raczej mnóstwa rozmaitego „dobra” jakie występuje obficie w składzie „witamin C” za kilkanaście złotych, najczęściej tabletkowanych pod prasą. Nie znajdzie raczej: kwasu askorbinowego, askorbinianów mineralnych, cytrynianów, konserwantów spożywczych, barwników, substancji aromatyzujących, cukrów, soli, skrobi, drożdży, pszenicy, glutenu, soi, kompleksów izolowanych bioflawonoidów, gliceryny, karmelu, celulozy, lepiszcza, sorbitolu, dodatku proszku z zagęszczonego soku pomarańczowego, sacharyny, sukralozy, fruktozy, gumy guar lub celulozowej, dwutlenku krzemu, związków karboksymetylowych, dekstrozy, ani żadnych innych pochodnych kukurydzy, krzemionki, glikolu, wosków, tapioki, wapnia, mannitolu, aspartamu, maltodekstryny, ani żadnych surowców z roślin modyfikowanych genetycznie i jeszcze wielu innych przedziwnych substancji.
Ta wyliczanka nie jest żartem, ani złośliwością. Wszystko zostało pieczołowicie spisane (a ile przeoczone!) z opakowań znajdujących się w polskich aptekach „witamin C”.
To jest dobry temat dla autorów napadających na suplementowanie się witaminą C! Tym się lepiej zajmijcie. Otworzycie puszkę Pandory. Przerazi się bowiem ten, kto pozna sekrety rządu, sądu i kuchni (i wytwórni syntezowanej witaminy C).”

Jarosław Zych – autor książki „Witamina C-olway”

Dodaj komentarz